Niedaleko pada granat od jabłoni - fragment
Na początku był owoc, nie słowo, i była dzika ochota, by go sobie przywłaszczyć. A później były głód i strach, poszukiwanie ich sensu. Owoc, przyczynę nieporozumienia, nazwano jabłkiem dopiero w łacińskim przekładzie Starego Testamentu. Mogły to być granat, cytron lub figa, ale nie jabłko. Jabłonie nie rosły w okolicach raju. O ile raj był w biblijnej lokalizacji. O ile był.
Z pewnością nie w okolicy Sambora, choć tu z kolei były jabłka. Nie dla wszystkich. Papierówki, antonówki, renety, kosztele, sztetyny. Dawało się je zerwać z przydrożnych jabłoni lub kupić na targu. Jeśli tylko można było sobie na nie pozwolić, bo przecież nie stanowiły artykułu pierwszej potrzeby. Dostęp do owoców bywał wyznacznikiem statusu społecznego. Jednym z wielu – różnice narodowe, etniczne, religijne i klasowe dzieliły lokalną wspólnotę wzdłuż i wszerz. Także rodziny i powinowatych.
Na przykład Fischmanów i Fischmanów, wcale ze sobą niespokrewnionych lub o tym niepamiętających – przynajmniej do trzeciego pokolenia. Choć argument wspólnej krwi nie wchodził w rachubę, rodzice patrzyli bez entuzjazmu, gdy ich dzieci, Chaja i Mojżesz, brały ślub. Ona była z Fischmanów uboższych, on z zamożniejszych, ale ich związek dawał szanse na w miarę dostatnie życie. Określenie „w miarę” przykrywało skalę tego mezaliansu. Gdy teściowie Chai zdobywali kolejne sklepy i wydawali intratnie pozostałe dzieci, jej rodzice umierali po cichu z wieloletniego trudu.
Mojżesz był kupcem drzewnym, Chaja rodziła. Zajmowała się domem i siedmiorgiem dzieci: Józefem, Taubą, czyli Telcią, Markusem, czyli Mańkiem, Dorą, Hindą, czyli Hindzią, Dziunią i Liną zwaną Lunią. On umarł na zapalenie płuc niedługo po narodzinach tej najmłodszej, szybko mu poszło, w dwa dni był gotowy. Ona została bez środków i wsparcia rodziny męża. Fischmanowie gardzili nią za gorsze pochodzenie i brak operatywności. Gdy poprosiła o pomoc, odmówili, zamknęli jej drzwi przed nosem. Wyprzedała meble i rzeczy osobiste, później sprzedała dom. Dzieci nie miały co jeść, zdawało się, że przestały rosnąć. W rzeczywistości rosły dośrodkowo. Zaczęły walczyć o przeżycie.
Lina wzięła sprawy w swoje ręce, zanim poszła do szkoły. Musiało to być około 1922 roku, urodziła się w 1916. Nie wiadomo, jak było z resztą rodzeństwa, podobno każde musiało radzić sobie samo. Najstarszy, Józef, wyjechał do Ameryki, żeby zmienić los rodziny. Niedługo potem zginął pod kołami samochodu. W Samborze ulice należały jeszcze do pieszych.
Ale ta opowieść nie dotyczy starszego rodzeństwa. Nie dlatego, że byli mniej zaradni. Z całej rodziny tylko Lina przeżyła wojnę. Włożyła wiele wysiłku, by nadać sens głodowi i strachowi, uzasadnić istnienie. I tak stworzyła swoją Ewę.
Po co opowiadać o wojnie w świecie, w którym więcej jest wojen niż opowieści. Po co kolejna żydowska opowieść o wojnie upamiętnionej jak żadna inna w historii. Zwłaszcza że już od dawna nie chodzi o pamięć. Po co na nowo przywoływać widma, wciąż ruchliwe, walczące codziennie na frontach współczesności.
Nie jest to opowieść o wojnie, choć z niej się zrodziła. Właściwie z nich, bo matek jest tu więcej. Nie było jednej, nie było nawet dwóch wojen. Było ich wiele w tej wielkiej wojnie. Podsycały się, rywalizowały, wchodziły sobie w paradę. I wcale nie skończyły się wraz z kapitulacją. Zmieniły się jedynie ich narzędzia i formy. Tliły się dalej, w ukryciu, jak pali się las pod ziemią. Niekiedy na pierwszych stronach gazet widać było ślady pojedynczych erupcji.
Najciekawsze w wojnach są pozorne końce i mało wyraziste kontynuacje. Pełzające starania tych, którzy przeżyli. To, co robią ze swoimi zmarłymi. I nieswoimi żywymi i umarłymi. Jak tworzą się wokół nich zrosty sensu i jak formują się zlepki zdarzeń. Które konkrety wybierają, by trzymać się ich kurczowo, dopóki starczy sił w rękach, dopóki ktoś lub coś ich nie wyrwie.
Nie jest to historia Liny ani Ewy. Nie należy do Ireny, Haliny ani Marka. Nie jest jednak niczyja, skoro to oni użyczyli jej konkretów, zasilali ją swoją materią. I jak to bywa z konkretami, powstała z zagęszczenia, różnorodnych przylgnięć. Bo konkrety są jak kamienie i skały będące skupiskami minerałów. Dopiero ich zetknięcie, skrystalizowanie w formie ułatwia dostrzeżenie tego, co wydarzało się i wydarza mimochodem.
Wojny nie tylko dzielą, ale i spotykają ludzi. Niekiedy nie sposób dociec, odkąd ich losy są wspólne, choć z czasem staje się jasne, że jedni nie istnieliby bez drugich. Opowiadam o konkretnych życiach, o ich przebłyskach, ale wciąż bez pewności, kim są dla siebie te postacie i kim będą, gdy skończymy mówić. Wygląda na to, że jest to opowieść o więziach z wyboru. I o tym, że wybór bywa koniecznością.
Lina podkradała jedzenie dzieciom z bogatszych domów. Zaczęła, gdy matka wyprzedała wszystko, co ktokolwiek zechciał kupić. Pani Fischmanowa po śmierci męża nie znalazła pracy, zresztą wcale nie szukała. Córka wspominała, że matka umiała mówić ładnie po niemiecku i pięknie haftować, ale do życia się nie nadawała. Jako że była pobożna, postanowiła pościć dwa razy w tygodniu. Te dni niewiele różniły się od pozostałych. Stawała się przezroczysta, przez skórę prześwitywały setki naczyń krwionośnych – chciała nimi odpłynąć, ale nie wiedziała dokąd.
Gdy odprawiła służącą i sprzedała dom – około 1923 roku – przyszła dewaluacja marki niemieckiej i zostali praktycznie z niczym. Stać ich było na wynajęcie nędznej klitki bez światła i ogrzewania, z wilgotnymi ścianami i grzybem, którym można by się wyżywić, tyle go było.
Lina nie chciała głodować. Krytykowała matkę za bezradność. I szukała sposobów, żeby zmienić swój los. Poszła do dziadków – wiedziała, że są bogaci, sześcioro ich dzieci pracowało w Ameryce, siedmioro kolejnych prowadziło interesy kupieckie w Polsce. Choć był zimowy wieczór, a ona była głodna, nawet nie wpuścili jej do domu. Mówili, że wszystkiemu winna jest mama, której posag zbyt szybko się skończył. A wnuczka winna, że ma taką matkę.
Chodziła też do ciotek, sióstr ojca – między innymi do Złaty Lewenthal, która prowadziła sklep obuwniczy przy ulicy Przemyskiej w Samborze i zdecydowała się wziąć na wychowanie najstarszą siostrę Liny, Taubę. I jeszcze do ulubionej Dwajgi Erlich, która miała sklepik w samym centrum miasta i zawsze coś Linie dawała, ale nie dużo, bo sama miała niewiele. W Stryju i Rzeszowie żyły inne ciotki od sklepów, ale była za mała, żeby do nich dotrzeć.
Wymyśliła sobie zajęcie. Oferowała się innym matkom do bawienia i pomocy w karmieniu niejadków. Najpierw poszła do Reginci Littmann, córki markotnego chasyda i grubej Jenty. Dziewczyna nie mogła jeść takich ilości, jakie szykowała matka, więc Lina zjadała jej posiłki. Regincia była szczęśliwa, bo nie musiała się męczyć, Jenta – bo jedzenie znikało. Lina znalazła pracę marzeń. Później wybierała zwłaszcza takie domy, w których dzieci były otyłe. Gdy poszła do szkoły, zjadała resztki.
Powiedziała matce, skąd bierze jedzenie, ale ta nawet nie chciała słuchać. Pójdziesz do piekła, by leżeć na wiecznie rozżarzonym łożu, mówi Chaja. Lina rysuje w powietrzu prostokątny kształt. O, tu będę leżeć. Uznałam, że skoro tak, muszę jeść więcej i na zapas, by przetrzymać piekielne katusze. Matka była święta kobieta. Ale ja wybrałam bardziej życiowe metody działania.
Weszło jej to w krew. Nie tyle kłamanie, ile przeświadczenie, że każdy środek – także oszustwo – jest słuszny w walce o przetrwanie własne i tych, na których jej zależy. Kłamstwa Liny nigdy nie były łatwe, przeciwnie, pięły się misternie aż do celu, rozrastały jak pleśń, przenikając każdą materię, której dotknęły. Działały niczym penicylina, dawały siłę na zwalczanie przeciwności. Osłabiały też strach – kłamiącej i tych, których otaczały.
Bo osoby obejmowane troską kłamstwa były Linie najbliższe, najdroższe. Matka i rodzeństwo, później własne dzieci. Dzięki temu paktowi zachowywała dozgonną lojalność nawet wobec ludzi, których dopiero poznawała. Zresztą oszustwa były tak misternie splecione z tkanką otaczającej rzeczywistości, że i dla Liny stawały się prawdą. Oddawała im swoje siły, umacniała je własnym ciałem. Była gotowa wytrwale ich bronić – z wdzięczności, że pozwoliły jej ocaleć.
Ona była jak moja córka. Jeśli kogoś w życiu kochałam, to właśnie matkę, mówi Lina. Za co? Za kłamstwa. Nie precyzuje czyje, ale zapewne właśnie w ich wspólnocie tkwiła sprawcza moc. Jednocześnie Lina gardziła biernością Chai. Zmącone emocje córki, która czuła się odpowiedzialna za własną matkę – jak gdyby ta była młodsza i bardziej zależna. Jej prawdy nie dawały szans na przeżycie, prowokowały do rozwijania scenariuszy zaradczych. I ćwiczyły Linę w przetrwaniu, przygotowując na to, co miało nastąpić.

