Stella Maris - fragment
WSTĘP
W trzeciej osobie
Stella Maris, czyli Gwiazda Morza, to taras Boga górujący nad gołębicą, która unosi się na wodzie, a na imię ma Hajfa.
Na tym tarasie, w miejscu, gdzie Wzgórze Proroka Eliasza prowadzi nas do cudu, bohater i narrator tej opowieści, Adam Dannun, odkrył swoje rozliczne oblicza, pogodził się ze swoimi imionami i ułożył swoją historię. Tu zakosztował pierwszego pocałunku, tu poznał rozkosz i udrękę miłości. Tu przysiągł wierność ukochanej i tu nauczył się alfabetu zdrady, aby rany serca zastąpić nowymi ranami.
Kiedy nachodzą go wspomnienia „tarasu Boga”, w chwilach gdy atramentem słów próbuje nakreślić własny obraz, widzi Hajfę, która spada do morza z wysokości Karmelu i rozpościera skrzydła, jakby woda była jej żywiołem. Miasto zanurza się w morzu i staje się schronieniem dla chłopaka, który przeczuwa, że jego życie jest zaledwie cieniem życia kogoś innego, kogoś, kto sam był cieniem opowieści pozbawionej autora.
Teraz ogarnia go ogromna tęsknota za Stella Maris, gdzie przesiadywał samotnie, czując się nieobecny i niewidzialny. Zatęsknił za czasami niebycia, dlatego opisał je w trzeciej osobie.
Tu, na Górze Karmel, na tym płaskim tarasie, narodził się drugi Adam. Historia zabawiała się różnymi wersjami dziejów tego miejsca. Swoją samotność i obcość Adam wypełniał morzem. Oczy przemywał zachodzącym za horyzontem słońcem i oddawał się podmuchom cichej morskiej bryzy, od której twarz robiła się słona.
Adam, syn Hasana i Manal Dannun, urodzony w 1948 roku w getcie Liddy, postanowił, że opowieść o nim zacznie się w chwili, kiedy usiadł na tarasie Boga nazywanym tutaj Stella Maris i odetchnął. Wolność pachniała jak morze. Przychodził na taras i całymi godzinami przesiadywał na kamiennej ławie. Kamień był jego schronieniem przed wspomnieniami o matce, o pobycie w warsztacie i o wielkim, opuszczonym przez gospodarzy mieszkaniu w Wadi as-Salib, które właściciel warsztatu podarował mu na szesnaste urodziny. Kiedy jego przyjaciółka Rifka zaproponowała, żeby kochali się tam po raz pierwszy, odparł, że boi się duchów zamieszkujących puste domy i że kiedy wraca do siebie, chodzi po własnym mieszkaniu na palcach, żeby nie zbudzić nieobecnych, których stąd wygnano, by pochłonęło ich morze. Powiedział, że słucha szmeru ich głosów zaszytych między kamieniami budynku i widzi, jak ich twarze, przesłonięte mrokiem niebytu, krążą po domu, jak gdyby się z nim żegnały albo odzyskiwały go na nowo.
Nie znał języka, w którym mógłby wyznać Rifce, że boi się właścicieli tego domu. Poznał ich dzięki zdjęciom rozwieszonym na ścianach. Bał się zwłaszcza spojrzenia młodej kobiety tulącej dziecko. W kącikach jej oczu widział nagromadzony ból, mącił je strach, a źrenice były opromienione światłem.
Adam nie miał na tyle odwagi, by wyznać ukochanej, że nie może zdradzić tej nieznanej kobiety w jej własnym domu. Minął tydzień, odkąd zamieszkał w miejscu, o którym pan Gabriel powiedział, że będzie teraz jego domem. Zdjął wtedy ze ścian zdjęcia hajfańskiej rodziny, która mieszkała tu przed nim. Zdjął je wszystkie, złożył w jednym z pokoi i zobaczył, że ściany poznaczyły w tych miejscach białe widma. Zdecydował się zamieszkać wśród tych śladów, żeby uniknąć spojrzeń właścicieli domu, spojrzeń, które napełniały jego duszę osobliwą grozą i poczuciem winy. Twarz młodej kobiety ani na chwilę go jednak nie opuszczała. Wrócił po jej zdjęcie, powiesił je w środkowym pokoju i przeprosił kobietę. Nadał jej imię Szahla. Portret Szahli i jej synka, którego nazwał Nadżi, służył mu za towarzystwo w tym domu pełnym duchów nieobecnych ludzi.
Gdyby Adam wiedział, co znaczy kochać, miałby świadomość, że Szahla była jego pierwszą miłością. Ale czy szesnastoletni chłopak potrafiłby opowiedzieć historię miłosną godną kart Naszyjnika gołębicy Ibn Hazma, andaluzyjskiego poety, który opisał wszystkie rodzaje miłości, jakie mogły przyjść do głowy? Jak zdołałby wyrazić to, że zakochanie się w obrazie może przerodzić się w namiętność, a rozpacz ogarniająca zakochanego jest najwyższym stopniem miłości?
Kobieta ze zdjęcia przypominała Manal, matkę Adama. Czas nie zostawił śladów na jej młodym, pełnym smutku obliczu. Jej maleńki, przytulony do piersi synek na zawsze pozostanie dzieckiem, wszak nieobecni nie starzeją się ani nie umierają. Czy Szahla upamiętniona na ścianie domu w Wadi as-Salib była jego pierwszą miłością, czy tylko fotografią odcinającą się na białym tle pamięci?
W Stella Maris Adam Dannun postanowił przepędzić zagnieżdżone w jego życiu wspomnienia i zacząć od nowa, jakby właśnie się narodził. Będzie żył samotnie, a przeszłość złoży do skrzyni i zakopie ją w ziemi. Hajfa stanie się ziemią, która przyjmie jego skrzynię, on zaś o wszystkim zapomni. Opowieść o Liddzie, jej nieszczęściach, historie o zakochanych – wszystko to pochowa w skrzyni zapomnienia i odejdzie.
Pytanie, które spędza sen z powiek spisującemu te opowieści, brzmi: jak piszą nieobecni? Czy nieobecny może opowiedzieć swoją historię w pierwszej osobie, napisać jak ktoś, kto snuje wspomnienia, czy też musi się uciec do trzeciej osoby, która napisze opowieść za niego? W języku arabskim występuje osobliwa gra słów, która nie ma odpowiednika w żadnym innym języku. Części mowy oznaczające osoby nazywają się damair. Jest to liczba mnoga od słowa damir, a ono oznacza również sumienie, ten niewidzialny imperatyw moralny. Jakże więc powieściopisarze mogą pisać w trzeciej osobie, czyli pomimo nieobecności sumienia, i co to znaczy, że sumienie musi zniknąć, żeby można było opowiadać?
W chwili gdy Adam opuszczał mieszkanie Manal w Hajfie, pojął, że wybrał nieobecność, i dlatego nie miał innej możliwości, jak się rozdwoić. Być w połowie obecnym, a w połowie nieobecnym. Jedna z tych połówek mieszka dziś w Nowym Jorku, ale żyje tylko w tekście. Druga przebywa w Hajfie, w miejscu, które unicestwiono. Ten obecny nieobecny albo nieobecny obecny chciałby przyznać Izraelczykom, że przynajmniej jedno pojęcie świadczy o ich lingwistycznej wyższości. Izraelski prawodawca, który wymyślił termin „obecny-nieobecny”, był geniuszem, przyćmił wyobraźnię wszystkich twórców teatru absurdu, nazwę całego narodu czyniąc synonimem absurdu.
Arabscy gramatycy zaimek trzeciej osoby określają „ukrytym”. Spisujący tę opowieść czuje się zmuszony, by się ukryć. Będzie pisał o Adamie tak, jakby go odkrywał. Zapomni o dziecku, które znaleziono półżywe przy matczynej piersi pod drzewem oliwnym przy długiej drodze z Liddy do Na’alin, i spojrzy na życie na nowo. Będzie rozgrywał motyw nieobecności aż do końca. Zniknie, żeby pisać o nieistniejących miejscach, lecz wyraz zdumienia w utrwalonym w pamięci spojrzeniu Szahli uświadomi mu absurdalność tego, co robi. Nieobecność kryjąca się za jej miodowymi oczami w kształcie migdałów obudziła w nim niewysłowioną tęsknotę za jego drobną matką, o której nie potrafił zapomnieć.
Tamtej osobliwej grudniowej nocy, kiedy chmury przesłoniły światło gwiazd, kochał się z Rifką pod zazdrosnym spojrzeniem Szahli i odkrył, że życie to oszustwo, któremu stawiamy czoła, uciekając się do innego, podobnego oszustwa. Nie chcemy, żeby wspomnienie tęsknoty i strachu zniszczyło nas, przemieniło w duchy żyjące obok duchów, które wypełniają popadające w ruinę domy w Wadi as-Salib.

