Dodaj produkty, które lubisz i chcesz kupić później.
Zapisz na liście zakupowej
Stwórz nową listę zakupową

Życie, starość i śmierć kobiety z ludu - fragment

2

Obiecałem matce, że będę obecny w dniu, w którym zostanie przyjęta. By udać się do Fismes, musiałem wsiąść do pociągu jadącego z Paryża do Reims: nie mam samochodu i nawet nigdy nie zdałem egzaminu na prawo jazdy, co jest, jak nieraz miałem okazję się przekonać, częste wśród gejów mieszkających w Paryżu: „te same przyczyny wywołują te same skutki”, jak żartowała kiedyś jedna z moich przyjaciółek, stwierdzając, że żaden ze znanych jej paryskich gejów nie umie prowadzić samochodu. Dzięki TGV jedzie się tam teraz dość szybko: czterdzieści pięć minut. Wcześniej, kiedy zamieszkałem w Paryżu, trwało to dłużej, jechało się półtorej godziny, ale w drugiej części podróży łatwiej było się delektować słynnymi widokami winnic porastających zbocza i pięknem szampańskich wiosek. Później, jako że regionalne połączenie kolejowe ze stacji Reims zostało w okresie letnim zawieszone, wsiadłem do autobusu państwowej spółki RTA, zapewniającej połączenie między Reims a Soissons w departamencie Aisne, z licznymi przystankami, także w Fismes, żeby spotkać się z bratem (młodszym), który wynajął samochód, i z matką przed domem opieki, gdzie miała odtąd mieszkać.

Zjawiłem się tam pierwszy. Czekałem na nich piętnaście minut. Gdy prowadzony przez mojego brata samochód minął bramę i zatrzymał się na dziedzińcu przed recepcją, matka opuściła szybę, żeby się ze mną przywitać: płakała. Była zrozpaczona. Szlochała i ledwie mogła mówić. Miałem ściśnięte serce. Co my właściwie robimy?

Brat upchnął w samochodzie wszystko, co było jej niezbędne czy było dla niej ważne: poza ubraniami, rzecz jasna, telewizor z czytnikiem DVD, radio z czytnikiem CD, kilka książek i pliki kolorowych czasopism, dwa pudła zdjęć, oprawione w ramy reprodukcje obrazów, które zawiesimy na ścianie… Miała się czuć jak u siebie, bo, jak powtarzaliśmy, to będzie teraz jej dom, jej nowy „własny kąt”, co wywoływało jej zrezygnowane protesty, które z początku brzmiały: „Nie, to już nie będzie mój dom”, potem: „Wcale nie, to już nie jest mój dom”, a w końcu – gdy już znużyło ją to, co musiała uznać za naszą niezdolność zrozumienia jej – „Tak, wszystko wiem, ale to nie to samo”.

Sanitariusze posadzili matkę na wózku inwalidzkim i zawieźli do jej pokoju, który zobaczyliśmy równocześnie z nią. Tak jak poprzednio, inny brat, ten z Rochefort, najmłodszy z całej czwórki, był już w tym miejscu wcześniej. Uznał, że jest bardzo dobre. W sekretariacie usłyszał, że trzeba będzie pewnie zaczekać parę miesięcy, zanim „zwolni się” pokój. Pomyśleliśmy, że to trochę długo, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, co oznaczałby krótszy okres oczekiwania: szybki zgon innej osoby. Ale przynajmniej pozwoli naszej matce przygotować się mentalnie do tej radykalnej zmiany w jej życiu, bez możliwości odwrotu. A potem, po kilku tygodniach, odebrał telefon: pokój „zwolnił się” wcześniej, niż się spodziewano. Jeśli jesteśmy zainteresowani, musimy się szybko decydować. Nie tylko my, ależ skąd, figurujemy na liście oczekujących! Wszystko przyspieszyło. Matka nadal nie była gotowa. Czy byłaby gotowa kilka miesięcy później? Nie jestem tego pewien. Najpierw oświadczyła, że znowu zmieniła zdanie i nie jest już skłonna opuszczać swojego mieszkania. To był odruchowy strach, paniczna reakcja w obliczu tej decyzji, niemożliwej, a zarazem koniecznej w jej, a także w naszym przypadku. Co odpowiedzieć? Decyzja należała oczywiście do niej. Ale musieliśmy znaleźć jakieś rozwiązanie: nie mogła już mieszkać sama. Znów wracaliśmy do tej samej dyskusji. „Trzeba być rozsądnym, nie możemy zrobić nic innego”, nalegałem, jakby przywoływanie argumentu „rozsądku” miało sens w obliczu tego przejmującego lęku, który, w istocie, wcale nie był nierozsądny, a tym bardziej irracjonalny. Odpowiadała: „Przecież wiem, ale rozumiesz…”.

Och, tak! Rozumiałem. Dobrze to rozumiałem. Ale należało „być rozsądnym”. W końcu powiedziała mi, zrezygnowana: „Tak, muszę być rozsądna…”.

Te straszne zdania, wyrażające w tak prosty sposób konieczność uznania siły wyższej, do dziś mnie prześladują. Powracały do mnie wspomnienia gorączkowej lektury Kartezjusza, w czasach moich filozoficznych studiów i mój totalny sprzeciw, bo od zawsze byłem naznaczony marksizmem, wobec afirmacji moralnego stoicyzmu, w którym widziałem sposób na odrzucenie polityki i działania. Z łatwością odnalazłem na półce mojej biblioteki tom jego dzieł, pełen notatek na marginesach i podkreś­lonych akapitów, jak choćby ten, a jakże, jeden z najsłynniejszych w Rozprawie o metodzie: „Trzecią mą zasadą było, aby starać się zawsze raczej przezwyciężać siebie niż los i raczej odmienić swoje pragnienia niż porządek świata, i przyzwyczaić się w ogóle do przeświadczenia, iż nie ma niczego, co byłoby całkowicie w naszej mocy prócz naszej myśli. Tak więc, jeśli zrobiliśmy odnośnie do rzeczy zewnętrznych wszystko, co tylko było w naszej mocy, to wszystko, co nam się następnie nie powiodło, jest dla nas bezwzględnie niemożliwe” [1].

Tak więc „czyniąc z konieczności cnotę, nie będziemy bardziej pragnąć zdrowia, będąc chorzy, lub wolności, będąc w więzieniu, niż obecnie pragniemy posiadać ciało z materii równie mało podlegającej zepsuciu jak diament albo też skrzydła, aby latać jak ptaki” [2].

I oto słyszałem samego siebie, jak zalecam matce uproszczoną do granic wersję tej „maksymy”, która kiedyś tak bardzo mnie oburzała, jakbym wreszcie pojął jej mądrość, słuszność, a nawet nieodpartą oczywistość w pewnych sytuacjach, jak choćby ta, kiedy oto znaleźliśmy się w potrzasku. Jej „choroba” zwała się starością, dom opieki będzie jej „więzieniem” i musi przestać chcieć być zdrowa, zapomnieć o całkowitej swobodzie ruchów i wyborów, bo już tak nie jest i nigdy nie będzie.

Porządek świata to znaczy fatum starzenia się, fizyczne konsekwencje ciężkich robotniczych zawodów i warunków życia, jakie się z nimi wiążą, realia współczesnych struktur rodzinnych, historia warunków życiowych i mieszkalnictwa, polityczne i społeczne podejście do starości, choroby i niepełnosprawności itd., wszystko, co definiuje przeszłość i teraźniejszość danej społeczności, było skondensowane w tej fatalnej chwili podjęcia nieuchronnej decyzji i narzucało się nam, narzucało się jej, bezlitośnie zmiatając jej pragnienia, chęci i wszelką możliwość buntu czy działania. Teraz widzimy, jaki jest ciężar historycznych i społecznych determinizmów, które są podstawą zwykłej rozmowy dwóch osób, które ją kształtują. Musiała zaakceptować to, co stało się nieuniknione, a swój protest mogła wyrażać już jedynie łzami. Znałem granice woli, zdolności podejmowania decyzji, swobody działania: są wpisane w każdego z nas przez wszystko, co nas określa, przez to, co określiłem mianem „społecznych werdyktów”. Znałem je dobrze, byłem z nimi oswojony; nie tylko od zawsze nimi żyłem, jak wszyscy, ale też je opisywałem, starałem się je odszyfrować, analizować w każdej z moich książek. W mechanizmach przymusu jest zawsze coś z „gry”, są miejscem – wprawdzie zredukowanym i wskazanym z góry – indywidualnej i zbiorowej przemiany. Choćby granice narzucone pragnieniom były nie wiem jak szczelne, począwszy zresztą od restrykcyjnego ograniczenia tych pragnień przez nasze dążenia, wynikające i kształtowane przez przynależność czy pochodzenie społeczne (w szerokim rozumieniu), przez klasę, płeć, rasę itd., a także przez wartość „kapitału” – ekonomicznego, kulturowego, społecznego – którym dysponujemy (bądź nie dysponujemy), prawdą jest także to, że siła determinizmów i determinacji nigdy nie jest absolutna. To oczywiste, a ci, którzy wyobrażają sobie, że mogą krytykować myśl „deterministyczną”, przeciwstawiając jej ową ewidentną prawdę, naiwnie mijają się z rzeczywistością globalnych historycznych i społecznych przemian oraz zbiorowych i indywidualnych trajektorii, spełniających się wewnątrz tych ogólnych ram, w których stałość i zmiana, przymus i wolność zawsze się przenikają, są z sobą związane, inaczej poukładane czy zaakcentowane, zależnie od jednostki i okoliczności. Ale podczas tych rozmów z matką uświadamiałem sobie, że wiek i fizyczna słabość to granice, kajdany, „więzienie”, które doszczętnie unicestwiają wszystko, co mogło pozostać z siły niezbędnej do ucieczki przed losem, do wydostania się z matni: chęci – tak, możliwości – nie. I ostatecznie brak chęci z powodu braku działania.


 

[1] René Descartes, Rozprawa o metodzie właściwego kierowania rozumem i poszukiwania prawdy w naukach, przeł. Tadeusz Żeleński-Boy, Wydawnictwo Antyk, Kęty 2002, s. 28.

[2] Tamże.

pixel