Dodaj produkty, które lubisz i chcesz kupić później.
Zapisz na liście zakupowej
Stwórz nową listę zakupową

Anioły - Denis Johnson

2026-02-19

 

Anioły wylądowały: jestem poruszony. To dla mnie najważniejsza książka w tym roku. Z samego rana wpadłem po egzemplarze do biura po drodze na konferencję, gdzie na stoisku sprzedaję nasze książki. Jestem poruszony do tego stopnia, że w drodze do Nowej Huty złamałem szereg przepisów ruchu drogowego jednośladów (przepraszam panią w srebrnym volvo, która jednym kłapnięciem starła sobie połowę zębów). Pędziłem z „Aniołami” w bagażniku, łzy ciekły mi po policzkach i jestem w zasadzie pewien, że tylko do pewnego stopnia odpowiadały za to niskie słońce i siarczyste 11 stopni chlastające mnie po gębie. Taki jestem poruszony.

Ale serio: naczekałem się kilka lat, żeby w końcu trzymać w ręku nasze wydanie debiutu Johnsona. Najpierw ze dwa lata się przymierzaliśmy, potem czekaliśmy na Krzysztofa Majera, bo od początku chcieliśmy, żeby to on to przetłumaczył, redakcja, łamanie, korekty, druk, no i w końcu są.

Podobno dobrych książek jest dużo. No nie wiem, zależy jak wysoko ustawisz sobie poprzeczkę. Dużo to jest książek w ogóle. Ale takich jak „Anioły” nie ma zbyt wiele: czytasz, i przez lata tekst w tobie rośnie i rezonuje, pamiętasz zdania, sceny, osoby.

– Skontaktowałem się z takimi jednymi z Phoenix – powiedział.
– Z Phoenix? Znaczy w Arizonie?
– To źli ludzie – dodał.
Zakłuło ją w brzuchu.
– Z Phoenix w Arizonie? – też się zaciągnęła jego papierosem. – Co ci przyszło do głowy?
– Hm – powiedział – nie wiem. Może nic. Tak sobie po prostu pomyślałem, że może byśmy się przejechali do Phoenix
– Ale co to za ludzie z którymi się skontaktowałeś? Ci źli ludzie?
– Kumple i krewni – odparł Bill Houston.

 

Jedziemy z „Aniołami”! Okładka hibernowała na moim dysku chyba ze trzy lata. Tłumacz, Krzysztof Majer, napisał (co mnie za serce chwyciło), że nie potrafi sobie już wyobrazić innej, a jemu akurat możecie wierzyć, w końcu spędził z tym tekstem długie miesiące. W sumie ja też, bo to taka książka, co się odkłada w głowie i gra sobie w tle, równolegle przyswajasz ileś tam tekstów, wszystkie zapominasz, a o tym pamiętasz. Jest to jakaś metoda selekcji tytułów, może trochę niedzisiejsza, ale w sumie się sprawdza. Uwaga uwaga: JESTEM BARDZO ZADOWOLONY z tego, jak wyszła, bo po pierwsze ma formę niepodrabialną, nie da się jej do niczego innego przypisać (okładki książek, które mogłyby być okładkami innych książek, po co robić coś takiego, nie wiem), po drugie kolorki mi się zgrały ładnie (żółty, czerwony, srebro), po trzecie typografia ma ciekawy rytm i wesoło mi się w nią nawalało, a po czwarte nigdy wcześniej jeszcze nie zilustrowałem konkretnej sceny w książce, a tu jednak tak, chociaż może na to nie wygląda.

No więc jest to powieść drogi. To nie zapętlone migawki z „Syna Jezusa”, nie osobne opowiadania jak w „Szczodrości syreny”. To opowieść, która ma początek, środek i koniec. Napięcie narasta, końcowe sceny (Jezu, jakie to sceny) indukują cały wachlarz reakcji w ciele czytelnika, i to właśnie zakończenie ilustruje okładka, zakończenie, ale i całą książkę, bo znajdziecie w „Aniołach” potępieńczo narastające napięcie, gniew, przemoc, i taki ładunek liryki, jaki tylko Johnson potrafił zawrzeć w surowej opowieści o wyrzutkach społeczeństwa. To książka, która nie powinna się podobać, ale się podoba, co tam – podoba, porywa (David Foster Wallace: „Książka amerykańska do cna, do tego kapitalnie napisana, naprawdę kapitalnie”), mogę tylko potrząsać głową i cieszyć się, że nie jestem pisarzem, bo jak z czymś takim się mierzyć.

Zasadniczo wierzę w pierwszy szkic. Umiem zrobić ich sto pięćdziesiąt kilka i z tego sobie wydestylować okładkę (case „Magicznej rany” Doroty Masłowskiej), ale są takie teksty, że cyk i gotowe, popatrzcie na te kilka gryzmołów: encefalogram znajdziecie już na samym początku, potem go tylko trochę uprościłem, zagęściłem, przeszyłem na ukos, żeby wyszła zagadkowa forma, i właściwie połowa roboty była za mną. Litery od razu pojawiły się na dole: wiedziałem, że nie chcę zasłaniać tego kontrastowego niby-EKG, bo ono robi całą robotę, no więc: napisy spadają na dół. Jeśli chodzi o krój, to nie pamiętam, czym zapisałem ANIOŁY, miało być masywne i pochyłe, bo chciałem oddać pęd opowieści. Wyglądają trochę jak napisy, które widać z okien pędzącego autobusu (pierwsze zdanie: „Na stacji Greyhounda w Oakland czekali sami niscy”!), autor zapisany krojem Interstate, trochę to oczywisty wybór, ale nie zawsze trzeba wymyślać proch: skoro droga, Ameryka, powieść drogi, to sięgam po pismo, które interpretuje krój Highway Gothic (to by swoją drogą dopiero był dobry tytuł) wykorzystywany przez U.S. Federal Highway Administration na wszystkich znakach i tablicach drogowych. A czemu takie to nieładne, nierówne, chropowate, ano właśnie dlatego, że taka to proza, taki świat: antypody wielkich miast i korporacyjnego ładu. Piach, słońce, pył, a w tym ludzie.

Na początku pomyślałem, że w to EKG powtykam minizdjęcia z rozmaitych przestrzeni, ale jakoś rozbrajało to energię całości. Samo EKG wydawało mi się nazbyt abstrakcyjne i surowe, nawet w zestawieniu z porąbaną typografią, jakoś tam człowieka i emocji mi brakowało, szukałem tygodniami czegoś, co by pasowało, w końcu zniechęcony odłożyłem pracę, i znienacka parę miesięcy potem widzę tę generyczną fotkę na okładce jakiejś darmowej naukowej publikacji o anger management, na którą trafiłem sam już nie wiem czemu, i już wiedziałem, co znajdzie się na „Aniołach”. Ale dopiero kiedy wszystko zmontowałem, zrozumiałem, że patrzę na tę jedną, ostatnią scenę. Przeczytacie, to też zrozumiecie.

Tyle doniesień z poligonu, dajcie mi znać proszę, czy takie teksty są dla Was w ogóle interesujące, jeśli tak, to TAK WYSZŁO będzie więcej, a jak nie, to po prostu będzie mi bardzo przykro, nic wielkiego.
 „Anioły”, Denis Johnson, połowa września w Wydawnictwo Karakter !

 

Denis Johnson, ANIOŁY, przełoży Krzysztof Majer.

Jeszcze czasem mnie coś cieszy i przenika, jeszcze czasem nie mogę się doczekać, aż ukaże się jakaś książka w Wydawnictwo Karakter. Debiut Johnsona: sól na ranę, zdania, które cię przemielą, przy tej powieści nie odpoczniesz.

Jeden z bohaterów właśnie zbił swojego synka przed domem.

Po co czytać takie coś? Dużo mam ucieczkowych lektur (patrz: Chandler), ale nawet w nich szukam języka i zdań, które zmuszą mnie, żeby zobaczyć świat, choćby mały jego wycinek, na nowo. Johnson ucieczkowy nie jest. Trzyma cię w uścisku i pokazuje rzeczy, których może wolisz nie oglądać, prawie jak w "Mechanicznej pomarańczy". W odróżnieniu od tysięcy autorów, którzy poprzestają na szokującej treści, ma i język, i wrażliwość, które powodują, że ludzie, na których patrzymy ze wstrętem (żule, męty; anioły), nagle odsłaniają się przed nami i nagle widzisz, psiakrew, tacy jesteśmy podobni. Nie wiem dokładnie, co mi robi ta świadomość, ale coś robi. Nie mogę się oderwać od Johnsona.

Najpierw wydaliśmy najważniejszą książkę Johnsona (Syn Jezusa), potem ostatnią (Szczodrość syreny). Zeszły nam do spodu, tego lata będą dodruki. Mam nadzieję, że się kiedyś zmierzymy z największą (Drzewo dymu), ale tymczasem na warsztacie pierwsza. Anioły, w najlepszym możliwym przekładzie, już za rok. Albo coś koło tego!

Pokaż więcej wpisów z Luty 2026

Polecane

Anioły

Anioły

59,00 zł brutto
Anioły

Anioły

45,00 zł brutto
pixel