Drzewo dymu - Denis Johnson
2026-09-09
Sięgnijcie po wspaniały przekład Tomasza S. Gałązki, który świetnie oddaje wielość rejestrów tej prozy: jej brutalność, absurd, melancholię i nadzieję, że komuś mimo wszystko uda się ocaleć.
Jeśli na widok objętości „Drzewa dymu” ogarnia Was lęk podobny do tego, który zdjął Świeżego Porucznika, to pragniemy Was uspokoić: dzięki potoczystemu przekładowi Tomasza S. Gałązki książkę czyta się jednym tchem!
Kontrasty, do cholery! Mają się zderzać kolory, faktury, pomysły, emocje! Po co projektować nudne książki, skoro można ciekawe? Nie interesuje mnie wydziubdzianie setnej okładki według tych samych parametrów: każda kolejna książka to okazja do nowych wygłupów.
Tę akurat okładkę zaprojektowałem do zupełnie innej powieści. Nie wyszło, klient się nie zdecydował. Trafiła do spiżarki (tak nazywa się u mnie folder z odrzuconymi projektami), ale w zasadzie byłem pewien, że już po niej: zbyt charakterystyczna.
Ale wiosną zacząłem pracować nad „Drzewem dymu”: monumentalną powieścią Johnsona o wojnie w Wietnamie, jego opus magnum. Pierwsze skojarzenia: banał. Płomienie, dżungla, napalm. Moro: królicza nora baz danych kamuflażu tiger stripe, jeszcze francuskiej proweniencji. Wszystko można znaleźć w internecie, wszystko. A potem przyszło tłumaczenie od Tomka Gałązki i kiedy już przestałem hiperwentylować z zachwytu po pierwszych godzinach lektury, dojechałem do strony 443:
„Pułkownik stanął obok auta. Wydawało się, że całą uwagę skupił na samotnej chmurce na niebie przed nimi, jakby małym, mglistym księżycu odległym, kto wie, może o dziesiątki kilometrów, nawisającym chyba nad Morzem Południowochińskim, choć jego stąd nie widzieli. Pułkownik przeszedł przed samochód, knykcie jednej dłoni oparł o maskę, prawą rękę wsparł na biodrze i czekał tak, w brązowym pejzażu gołej ziemi, niegdyś były tu dżungla i ryżowiska, teraz zatrute rumowisko, nic, tylko gruz i szkielety, a on łypał spode łba na tę chmurę, jakby chciał wpłynąć na jej zachowanie, mierzył się spojrzeniem z tym zjawiskiem natury, aż w końcu chmurka podryfowała gdzieś na południe, zeszła z ich trasy.
Wsiadł z powrotem do auta”.
W dwie sekundy przypomniałem sobie projekt ze spiżarki.
Barwione brzegi to siara, obciach, odpust. Tani sposób na wartość premium. Mało kto potrafi coś z tego wyczarować. (Absolutny top: Szymon Wójciak w swojej edycji „Mrocznej Wieży” Stephena Kinga (Albatros) uruchamia nowe narracje, ile tam się dzieje, jak precyzyjna to układanka! No, ale to wyjątek). To naprawdę kosztuje grosze, więc byle szajs ma teraz kolorowe brzegi.
Ale mam to gdzieś, tak właśnie miało być: zderzmy przejrzysty błękit i karminową czerwień; jeb! Czerwona bryła pod okładką (dwa razy kładziona farba!), to mięso, ogień, wojna. To Biblia, czas apokalipsy.
To jest Johnson totalny, meandruje, nawarstwia się, wywraca, a ostatnie dwieście stron przyspiesza tak, że nie sposób jej odłożyć. Dawajcie. To ostatni nasz Johnson na długi czas.
Którędy wejść w Johnsona? Nawet nie wiem, którą książkę sam przeczytałem jako pierwszą. Obstawiam „Syna Jezusa”, a może to były „Sny o pociągach”. Karakter już istniał jakiś czas, ale wydanie jednej czy drugiej wydawało się nierealne. Inny świat. A teraz: jego czarodziejska przędza, czarodziejski miecz, czarodziejski rumak, jego zdania i sceny meblują mi pamięć i wyobraźnię dokładnie według opisu DFW: „I feel human and unalone and that I’m in a deep, significant conversation with another consciousness”. Swoją drogą zauważam to „unalone”: samotność jako ustawienie domyślne. Jakby ktoś tu był i coś mi opowiadał, bo wie, że tego mi trzeba.
Trzeba umieć zupełnie różne rzeczy, żeby napisać tak odmienne książki: najpierw daliśmy Wam Najlepszego Johnsona: (kameralnego, wizyjnego, poetyckiego) „Syna Jezusa”. Potem Johnsona znad krawędzi w „Szczodrości syreny”. W zeszłym roku Pierwszego Johnsona: (nie odwracajcie wzroku) „Anioły”. A teraz wydajemy Największego Johnsona, Johnsona Apokaliptycznego, Rozłożystego, Totalnego, Johnsona większego niż wszystkie jego poprzednie książki razem wzięte. 700 stron, na ostatnich dwustu tak się rozpędza, że już go nie odłożycie.
Pobieżny zestaw wątków: Ambitny Skip Sands przez Filipiny trafia do Wietnamu. James Houston rzuca szkołę i śladem starszego brata, Billa (czytaliście „Anioły”? To wiecie, jak skończą), zaciąga się do wojska; Kathy, pracownica organizacji pomocowej, ma wszystkiego dosyć; sierżant Storm osuwa się w psychozę; Jebnięty Porucznik dba o swoich żołnierzy: gdy zastąpi go Świeży Porucznik, nie będzie już wesoło. Ich rozproszone losy spaja postać enigmatycznego pułkownika Sandsa, stryja Skipa, owładniętego obsesją stworzenia idealnego narzędzia na potrzeby wojny psychologicznej: to jego próba rozpoznania obcego świata i podporządkowania go za pomocą wiedzy, procedur i siły.
Ta powieść to żywioł, dżungla, Mekong literatury. To świat. Są tu i „Depesze” Herra, i „Czas apokalipsy”, i bardzo dużo Johnsona, który zwalnia i przyspiesza, meandruje, przez dziesiątki stron nawarstwia klisze i fabularne schematy, żeby je w mgnieniu oka posłać w cholerę. Każdy porządek, każda linearna opowieść będą fałszywe, motywacje postaci są niewyraźne: czasem sprzeczne, czasem nieodgadnione, a jednak wszystko składa się w całość. To świat do zamieszkania. Nie przeczytacie tej książki w dwa dni. Nie każdy to lubi.
Nawias: mały Johnson, ale Johnson przystępny, Johnson pierwszego kontaktu, gęsty i pełnowartościowy. Jeśli słyszeliście, że DJ to tylko żulia, dół, zapasy w trwodze, a w dodatku brak wam sił na „Drzewo”, sięgnijcie do „Snów o pociągach”. W sumie nie wiem, czy to nie moja ulubiona rzecz. Destylat, stustronicowa esencja. Mała historia, peryferia i Los. Jak zawsze u niego: poczujecie czyjeś życie. I jak zawsze u niego: niedopowiedzenie, niepewność, zawieszenie. Książkę wydało Czarne w przekładzie Tomasza S. Gałązki.
Tego samego, który „Drzewo dymu” tłumaczy na nowo (ukazało się już kiedyś po polsku, w 2008 roku, kamień w wodę), ale co tam „tłumaczy”: po prostu pisze Johnsona po polsku. Za każdym razem trafia dokładnie w to słowo, co trzeba („gdyby zamarł na minutę, wsłuchując się, wyłapałby nawet tętno rozchichrane w jego rozgrzanym ciele, chrobot potu w uszach”). Znowu: niby parę słów, a rozumiesz wszystko, rozchichrane tętno: błagam Was, to niepojęte, wymyślać takie rzeczy. Jakby ktoś sto razy pod rząd wyrzucił orła. W „Depeszach” udało się to Krzyśkowi Majerowi; przeczytajcie te dwie książki, a w życiu nie przyjdzie Wam już do głowy, że amerykańscy marines nie gadali w Wietnamie po polsku.
„Buddenbrookowie”, Pynchon, „Infinite Jest”: jeśli duże książki to Wasze rejony, to zapraszam na wakacje życia: turnus w Sajgonie!
Pokaż więcej wpisów z
Wrzesień 2026
