Dodaj produkty, które lubisz i chcesz kupić później.
Zapisz na liście zakupowej
Stwórz nową listę zakupową

Duszność - fragment

Moja matka nigdy nie podała mi ręki… Pomagała mi wejść na chodnik, szczypiąc palcami szew mojego rękawa. To było upokarzające. Czułam się jak padła szkapa ciągnięta przez woźnicę za ucho… Pewnego popołudnia, kiedy kolaska gnała, środkiem jezdni, obryzgując ponure lato swoimi rozbłyskami, odepchnęłam tę dłoń. Uszczypnęła mnie mocniej i uniosła nad ziemię jak podnosi się kurczaka za jedno skrzydło. Opadłam z sił. Przestałam iść naprzód. Matka zobaczyła moje łzy.

– Chcesz, żeby cię przejechał, i płaczesz!

To ona równała mnie z ziemią.

Ubierała mnie pierwszą. Kiedy byłam gotowa, kręciłam się przed nią jak karuzela. Mierzyła mnie wzrokiem, stawałam. Jak malarz, który odchodzi i zbliża się do sztalugi, gasiła połysk kokard, wiążąc wstążkę na lewą stronę, wysuwała mi loki na policzki i sadzała na wyplatanym krześle.

Podnosiła mi sukienkę i halkę. Kiedy się poruszałam, żeby tak bardzo nie czuć kłujących ciało włókien, wbijała we mnie spojrzenie. Niebieskie i twarde. W myślach rozrywałam wstążkę, sukienkę z angielskiej koronki. Biegłam brodzić wokół ulicznej pompy z dzieciarnią, która ochlapywała przechodniów i ich poczucie godności. Ale to było tylko w myślach… Zwykła zakładać kapelusz na głowę, gdy miała jeszcze na sobie pantalony i sznurowane botki do kolan. Podchodziła, cofała się przed lustrem, zajmując się jedynie swoją twarzą i tym ogromnym plackiem, który kołysał się nad jej ukrytym kokiem. Ułożenie woalki było fantastyczne. Wybierała ją z morza tiulu w pudełku. Miała łagodzić czy podkreślać jej rysy.

– Co myślisz o tej?

Odpowiadałam, że podoba mi się ta szara drobna siateczka i pszczółki, bardziej nierealne niż sama woalka, którą ozdabiały.

– Pytam cię, jak to wygląda na mnie.

O niej nie myślałam wcale.

Podawała mi tacę ze spinkami do włosów. Wsuwałam je niezdarnie, bo miałam wilgotne palce.

W końcu wstawałam. Z perłową torebką i parasolką w dłoni wdzięczyła się do lustra. To była próba generalna. Nieprzejednana w kwestii ubioru, czasem ściągała szary strój, żeby założyć czarny; czasami nieskazitelny żakiet ze spienionym żabotem abdykował na rzecz lekkiej sukienki.

Kiedyś spotkałyśmy starszego mężczyznę. Przeszedł na drugą stronę ulicy. Nie sprawiał wrażenia zadowolonego z tego spotkania czy z siebie.

– Ten człowiek to twój dziadek.

– Nie mam dziadka.

– Masz!

– Nie mam dziadka, nigdy go nie widziałam.

– Zamilcz!

Nie upierałam się. Mówiłam sobie, że gdy prawdziwy dziadek was spotyka, nie przechodzi chyłkiem na drugą stronę ulicy. Zobaczyłam go znowu, kiedy biegłam po chleb. Jak zaskoczone zwierzę, spojrzał na mnie z ukosa. Nie opowiedziałam o tym mojej matce.


Na początku września Plac Poterny, znajdujący się na smutnym krańcu miasta, zmieniał się w centrum rozrywki. Rozkładano tam wielki lunapark.

Gdy montowano budki, karuzele, moja matka zażywała odpoczynku w ciemnościach. Kładła się o piątej po południu. Nie rozstawała się z książką Jak pozostać piękną. Nie chciała rozmawiać, niecierpliwić się. Piła bulion, wodę mineralną, jadła owoce. Byłam zachwycona tą dietą, pozwalała mi spędzać wieczory z babcią.

Docierałyśmy na Plac Poterny, babcia kupowała nadziewane babeczki, które nie tak łatwo rozpuszczały się w ustach, i wysysałyśmy je, śledząc postępy prac przy budowie wesołego miasteczka. Czasem oddalała się trawiastą ścieżką. Szczypała suknię w połowie długości, odsuwała ją nieco od siebie, stała wyprostowana i załatwiała się z majestatem konia. Pomijając szum płynącej cieczy, mogło się wydawać, że pozuje jakiemuś malarzowi. Kiedy wracałyśmy do domu, dawała babeczkę córce, która odmawiała.

– Idźcie spać, to konserwuje.

Babcia, czując się dość zakonserwowana, zaczynała lepić ciasto na jabłecznik. Ostrożnie jak pirotechnik, który zaminowuje miasto, zanurzała ramię w szafce, wyciągała z niej flakonik anyżówki. Moczyła dla mnie dwie kostki cukru w kieliszku i zaczynałyśmy mile spiskować. Wieczorem zjadałyśmy połowę wybornego ciasta. W tym prostym i lekkim jabłeczniku czuć było rękę babci. Miała dar.


Z oszczędności zgasiła olejowy kinkiet, zapaliła lampę Pigeona, owinęła mi łydki flanelą, na której się prasowało. Mogłam już tylko położyć głowę na stole. Cerata była zimna. Domyśliła się i posadziła mnie w ciepłym miejscu, gdzie leżało ciasto wyjęte z pieca.

– Nie znałaś mojej siostry Fanie. Szkoda. Miała czarodziejskie palce. I poukładane w głowie. Co do serca, nie potrafię powiedzieć. Wydano ją za masarza. To ją zabiło. W mroźną noc musiała mu pomagać, trzymać świnię. Fanie to było chuchro. Chuchro, które dało mu szóstkę dzieci… Przeziębiła się. Nie jest ci zimno? Zwiąż mocniej sznurek peleryny. Wiedziała, że umiera. Podobno wtedy umiera się szybciej. Ludzie ściągali z daleka, żeby podziwiać jej pracę.

– Co robiła?

– Ozdobną pasmanterię. Stworzyła motyw na sukni pewnej aktorki. Dyrektor zaprosił ją do swojego parku. Wszystko mi opowiedziała: „Wyobraź sobie, Fidéline…”

Ktoś się poruszył. Dałam znać babci…

– Ależ nie! Twoja mama się konserwuje.

„…Fidéline, wyobraź sobie park, pięknie przystrzyżoną trawę, bukiety hortensji… Zagłuszałam to wszystko, stukając nowymi trzewikami. Wyobraź sobie taras, stoły, krzesła, ciastka, wrzącą herbatę… Widziałam parę…”

– Już nie pamiętam – szepnęła babcia. – Umarła dawno temu. Kiedy przywieziono twojego dziadka, mieszkała ze mną.

– Nie mam dziadka.

– Ależ tak, miałaś dziadka. Już go nie ma.

– Nie umarł, bo go spotkałam.

– Ach, tak… Ten nie jest nim naprawdę. Był nim mój mąż.

Dałam za wygraną.

– Mów mi jeszcze o Fanie.

– …Lekarz od razu zrozumiał, że już po niej i że to nie jest zwykła choroba. Przychodził co dzień. Przez delikatność przyjmował zapłatę, ale nazajutrz znosił jej książki, katalogi, kuropatwy. Mówił: „Za dużo pani myśli. Niech pani przestanie myśleć”. Parskali śmiechem, bo się także lubili. Trzymał ją za rękę do końca. Złapali na polach jego kucyka. Nie przejeżdżał już przed masarnią. Omijał cmentarz, stojąc w dwukółce. Widział jej grób, który często ozdabiałam kwiatami.

Tym razem coś poruszyło się w pokoju mojej matki. Bałyśmy się.

Otworzyła drzwi. Istny huragan.

– Biegiem do łóżka – powiedziała z twardym niebieskim spojrzeniem.

Pobiegłam, ale zostawiłam otwarte drzwi. Tak byłam w kontakcie z babcią. Chroniłyśmy się na odległość.

Zbierało się na kłótnię, wybuchła. Moja matka miała jej za złe anyżówkę, jabłecznik, późną porę. Flakonik, kawałki ciasta zostały na blacie kredensu.

Babcia zaczęła kaszleć. Już się nie broniła. Rozebrałam się, płacząc, myśląc, że jest nieszczęśliwa z powodu słodkich rzeczy, które lubi jeść, i rzeczy, które lubi opowiadać nocą… Łóżko mnie przygnębiało. Wśliznęłam się do niej. Słuchałam. Cisza i noc rozbroiły je. Płakały. Ich żal sprawiał, że brzydziłam się własnych łez. Moja matka, szlochając, powtarzała:

– Nic z tego nie będzie, nic!

Pobiegłam i rzuciłam się w jej objęcia. Odepchnęła mnie:

– Bosymi stopami po posadzce! Chcesz, żebym umarła z rozpaczy?…

Moja matka mówiła to z tym swoim twardym niebieskim spojrzeniem. Położyłam się i zasnęłam. Gdy otworzyłam oczy, ujrzałam na suficie plamę, która się przesuwała. Babcia z lampą w dłoni weszła do pokoju. W długiej koszuli nocnej wyglądała jak ksiądz w nieokreślonym wieku. Roześmiałam się głośno, zeskoczyłam obiema stopami na dywanik. Potrząsnęłam nią, ocierałam się o nią.

Uniosłam głowę. Jej spojrzenie było jeziorem łagodności. Ten wzrok przynosił mi ukojenie.

Jej popielate włosy, pogodna twarz mnie fascynowały. Zdawało mi się, że unosi się nad dywanem, dociera do nas na nitce babiego lata.

Położyła moją głowę na swoim kościstym ramieniu, obmacała mi stopy, naciągnęła nam prześcieradło na usta, zmniejszyła płomień lampy. Wstrząsnął mną szalony śmiech.

Znów otwierały się drzwi:

– Idź do swojego łóżka!

Moja matka nie przekraczała progu. Ten rozkaz, wydany na odległość, robił wrażenie. Nie ruszałam się. Babcia ściskała moje palce. Stałyśmy się dwiema małymi dziewczynkami; żeby rozluźnić atmosferę, powiedziałam:

– Czuć spalenizną…

Nie można jej było oszukać. Podeszła bliżej:

– Wracaj do łóżka! Twoja babcia jest chora. Męczysz ją. To zaraźliwe. Słyszysz mnie: to zaraźliwe! Nie czujesz się dosyć słaba? Czekam.

Tym razem się nie ruszałam, bo byłam zrozpaczona.

W końcu się z tego wyrwałam i zagrzebałam w pościeli.

Poklepała moją pierzynę.

– Masz matowe włosy. Jutro przeciągniemy po nich dwieście razy szczotką.

Zniknęła z trzaskiem suchym jak uderzenie kijem.

W ciemnościach dopytywałam babcię, która się poruszała, poprawiała poduszki.

– A jak umarł ten dziadek?

– Nie ten dziadek, tylko twój dziadek. Sprzedawał bydło. Pił. Jałówka go zabiła. Kiedy się o tym dowiedziałam, dałam znać Fanie, żeby zamknęła wszystkie drzwi, wszystkie okna. Poprosiłam ją… czy powinnam ci o tym mówić? Poprosiłam, żeby mi zaśpiewała piosenkę. To było wybawienie.


Zapadłyśmy w sen.

Polecane

Pamiętniki Hadriana

Pamiętniki Hadriana

49,00 zł brutto
Manazuru

Manazuru

49,00 zł brutto
Duszność

Duszność

49,00 zł brutto
pixel