Dodaj produkty, które lubisz i chcesz kupić później.
Zapisz na liście zakupowej
Stwórz nową listę zakupową

Mięśnie mam od miłości - fragment

1. Wejście na scenę

Kiedy zachodzę w ciążę, nie wiem, że na końcu tej drogi czeka mnie wejście na scenę. Światło skierowane na krocze w trakcie porodu – punktowe, mocne i zimne – jest snopem wymierzonym we mnie na tej scenie także później. Działa jak lampy w teatrze: nie służy mnie, służy komuś, kto mnie ogląda, ma mu pomóc lepiej mnie widzieć. Ja stoję oślepiona, wystawiona na obcy wzrok, ocenę, sąd. Zawsze jest to wzrok cudzy, sąsiedzko-tramwajowo-parkowy. Choć nie pytam nikogo o opinię, słyszę, że źle wychowuję, za cienko ubieram, przekarmiam, poję niewłaściwymi płynami, za rzadko prowadzę do lekarza. Że dziecko jest za głośne w pociągu, za blisko podchodzi do obrazu, za szybko biegnie przez sklep.

Moje życie rodzinne staje się performansem, bo scenariusz zmienia się każdego dnia, to ja dostosowuję się do obcych, narzuconych mi z zewnątrz harmonogramów, więc od chwili porodu zajmuję się głównie improwizacją. Jestem aktorką, która musi przeżyć i pokazać na twarzy miłość i cierpliwość, miłość i kontrolę, miłość i dystans, miłość i nadzór. Wszystkie osoby, których wzrok zahacza o mnie w przelocie, na drodze, w poczekalni, sprawdzają, czy miłość jest widoczna, wyrazista, czy jest jej wystarczająco. Jeśli podaję dziecku w restauracji tablet, połowa klientów naraz wciąga głośno powietrze. I jest to oddech krytyczny.

Każde wyjście z domu jest teatralnym występem, a ludzie na ulicy są krytykami mojego wykonania. „Nie potrzebuje kocyka?”, „Dlaczego tak płacze?”, „Na takie zimno pani wychodzi z dzieckiem?”, „Jak tak skacze po kałużach, to się przeziębi” – pojedyncze zdania rzucane w powietrze są jak oceny premiery w „New York Timesie”. Przeżywam je równie mocno jak debiutujący reżyserzy, choć kompletnie nic z nich nie wynika. W końcu się otorbiam, inaczej oszaleję.

Każdy kontakt ze służbą zdrowia to gra jak u Lupy, Klaty i Kleczewskiej (łącznie): wyważyć między troską a samodzielnością, zagrać matkę, która ogarnia, potrzebuje tylko niewielkiego wsparcia, sorry to bother you, ale mamy gorączkę od trzech dni, czy mogę podejść do pani doktor? Już sama zaczynam mówić płynnym lekarskim – „mamy gorączkę”, chociaż przecież tylko dziecko ją ma!

Przy rejestracji w przychodni, przy zapisach do przedszkola, przy wysyłaniu na obóz: broń boże, nie być roszczeniową, ale też nie rozlazłą i niezorientowaną – takim się nie pomaga, nie pozwala na wejście do lekarza poza wydanymi na dany dzień numerkami. A więc znów występ, znów podświadome wymierzanie, ile mam pokazać matki bezradnej, a ile matki ogarniającej. Ile miłości, a ile zmęczenia.

Wchodzę płynnie w rolę spokojnej matki w dni, kiedy mam ochotę wrzeszczeć, matki wesołej i skłonnej do zabaw w dni, kiedy ledwo pełzam po pięciu zebraniach. Oszukuję osoby wokół siebie, ale też kłamię moim dzieciom, zwłaszcza w te dni, kiedy mam ochotę się położyć i nie wstawać, nie podawać kubeczka, nie obierać jabłuszka, nie szukać ostatniego ciastka. Nie czuję tego autoprzymusu, nie boli mnie to kłamstwo, ciasno sznuruję się gorsetem obowiązku.

Za występ teatralny można dostać kilka gwiazdek, jest miejsce, żeby zniuansować ocenę, tymczasem w systemie oceny rodziców jest tylko 0 albo 1, nic pomiędzy i nic więcej. Jestem dobrą matką albo patologiczną, spełniam swoje obowiązki albo powinni mi odebrać prawa rodzicielskie. Jadowite języki za plecami szybko orzekają, ile mi się należy, szybko projektują program naprawczy. Przy czym moja pozycja startowa to zawsze 0, pozycja startowa ojca – zawsze 1. W gabinecie lekarskim muszę być ultrakobieca, macierzyńska, ciepła, a jednocześnie wymaga się ode mnie chłodnej racjonalności w traktowaniu chorego dziecka. Mission impossible, stąpanie po linie. Nie mogę się przyznać, że nie wiem, co córka jadła przez ostatnie trzy dni na śniadanie, bo rano ogarnia ją mąż i nie pyta mnie, czym ją karmić.

W prywatnej edukacji sprawdza się rodziców, nie dziecko i jego potencjał. Grono pedagogiczne w przedszkolu i szkole z dziećmi sobie poradzi, rekrutacja służy więc sprawdzeniu, czy poradzi sobie z nami – rodzicami. Czy mamy wspólne wartości, podobny model wychowania, czy jako rodzic jestem elastyczna, czy się dostosuję do wizji mojej roli, jaką ma dyrekcja, jaka jest wpisana w statut szkoły? Tu system ocen jest równie okrutny: 1 albo 0, po wielu staraniach może się uda wskoczyć do systemu, za który potem z wdzięcznością należy zapłacić dwa kafle miesięcznie.

O ile nie czuję już własnego kłamstwa i niedopasowania do roli, o tyle ciąży mi czas jej odtwarzania oraz skomplikowanie kwestii – nie mogę powiedzieć otwarcie, że mam oczekiwania. Jako kobieta nie mam prawa do oczekiwań, pragnień, potrzeb i roszczeń, a nade wszystko nie mam prawa do formułowania ich wprost, otwartym tekstem. Sugeruję, opisuję, rysuję problem, słowem: staram się jak mogę, by pielęgniarka, lekarka, przedszkolanka, wychowawczyni, trener, dyrektor, nauczycielka języków, pedagożka, logopedka poczuły się docenione, by poczuły się dobrze, zechciały rozwiązać problem, wobec którego występuję jako po części bezradna matka. Do sugestii dodaję zawsze uśmiech, bez uśmiechu zdanie się nie liczy, głos nie dotrze do odbiorców.

Arlie R. Hochschild twierdzi, że kobiety lepiej zarządzają emocjami, że traktują je jako zasób, bo mają mało innych zasobów[1] . Nie dodaje jednak, że ten nurt, w który wkraczam jako dziewczynka, staje się rwący, kiedy rodzę dziecko, że woda sięga mi po szyję i popycha mnie w inne kierunki. Nagle okazuje się, że jestem zależna nie tylko od moich przełożonych w pracy, ale także od wielu innych, często przypadkowych osób: pielęgniarek, nauczycielek, opiekunek. Wykonuję pracę emocjonalną – komplementuję je, poprawiam ich samoocenę. To one bowiem mają władzę, choćby przejściową, nad moimi dziećmi. Hochschild twierdzi, że głośne, wyraziste wypowiadanie przez kobietę jej opinii jest interpretowane przeciwko niej – ocenia się ją jako roszczeniową, a nie serdeczną; histeryczną i zimną, a nie otwartą i sympatyczną. Pracuję zatem nad kulturową ekspresyjnością, która będzie łagodna, angażująca i zapraszająca. Nie mam w sobie tych cech – żadna kobieta ich nie ma z urodzenia, wszystkie je wypracowujemy na drodze socjalizacji. To praca społeczna, często niewidzialna, uznawana za „kobiecy” zestaw kompetencji. A jeśli widziana – to lekceważona jako naturalna albo pogardzana, bo uznawana za repozytorium „kobiecych sztuczek”.

Przystosowanie się do innych, jak pisze dalej Hochschild, nie jest zestawem cech pasywnych – choć często się tak uważa. To rodzaj aktywnej pracy, którą musi wykonać każda osoba o niższej pozycji społecznej, pochodząca z gorszej klasy albo gorszej płci. Wykonuje ją po to, by być przyjęta w klasie wyższej, by zostać wysłuchana, potraktowana serio. Wykonywanie jej zaś polega na „pracy w cieniu”, „doskonaleniu się w sztuce aktorskiej” – to słowa Hochschild.

W przypadku kobiet często musi to być obudzenie w sobie małej, grzecznej dziewczynki – bo właśnie w dzieciństwie uczy się nas bezwarunkowego szacunku, okazywania owej grzeczności każdemu i a priori, w pierwszym kontakcie. Jako dorosła kobieta muszę zatem przywołać tę tresurę z dzieciństwa, wprowadzić ją na twarz, by stać się bardziej wiarygodna, by moje oczekiwanie nie było traktowane jako roszczenie, ale prośba, otwarcie negocjacji. Adresatkami tej gry są często inne kobiety, także wytresowane w dzieciństwie. Wymieniamy się zatem: raz ja używam wyraźnej pracy emocjonalnej, dostarczam szacunku i podziwu, raz one – odbiorczynie moich starań – zapewne robią to samo w innych sytuacjach.

Nie mogę wyjść z tej roli, odrzucić tej pracy, zrezygnować z zasobów pozyskanych w dzieciństwie, ponieważ gra toczy się tu ciągle o najwyższą stawkę – dobro, zdrowie, komfort psychiczny, edukację moich dzieci. To jest rozpisana na milion sytuacji gra o skłonienie do zindywidualizowanego ich traktowania, do akceptacji. Owszem, mogę zapłacić za szczepionkę 5 w 1, żeby nie kłuć dziecka wiele razy, ale całą resztę trzeba wynegocjować. Egzystencjalna ironia tej gry polega zaś na tym, że ja próbuję hakować system w sposób ukryty, udaję, że wcale nie negocjuję miejsca w polu, sposobu traktowania, jakichś „przywilejów”, na przykład kiedy proszę, by nie przymuszano moich dzieci do jedzenia w przedszkolu, po to, by nikt ich nie tresował, by mogły być mocne od początku. Wiem przecież, że to się nie uda, że nie ochronię ich we wszystkich sytuacjach. Mam jednak zmapowane główne zagrożenia, wiem, jak je na nie przygotować, jak nego­cjować, wiem też już, po kilkunastu latach, kiedy negocjować się nie da.

2. Obrastanie

Nie mam języka miłości, mam tylko język przedmiotów. Pomocniczych gratów, które organizowaliśmy na długo przed narodzeniem dzieci. Sprzętów wiele razy większych niż te drobne ciałka przywiezione ze szpitala, obiektów podlegających brudzeniu, kurzeniu, rozdzieraniu, rdzewieniu. Zapluwanych kaszą, zaspawanych mlekiem, zarzyganych.

Miały nam ułatwiać życie, a tylko zagraciły przestrzeń. Ich obsługa i mycie zajmowały czas, choć dzięki nim mieliśmy mieć go więcej. Szukaliśmy wygody, a lataliśmy tylko spoceni do samochodu, żeby te wszystkie rzeczy jakoś upchnąć w bagażniku. Jeździliśmy kombi, bo żaden sedan nie pomieściłby tych ułatwiaczy.

Kiedy to piszę, siedzę między pudłami z klockami Lego, małą drewnianą kuchnią, która wcale mała nie jest, a warsztatem plastycznym. Jeśli się lekko odwrócę, czego staram się nie robić, zobaczę czarną tapetę, zabazgraną wykrzyknikami dziecięcej miłości. Nie chcę się odwracać, bo znów podkusi mnie, żeby spróbować to wytrzeć, wyczyścić do gładkiej ściany.

Obrastanie gratami zaczyna się niewinnie, kiedy jestem w ciąży i nie mogę spać. Szukam jakiejś poduszki albo wałka, żeby na nich odłożyć tobół brzucha. Potem jedno mrugnięcie okiem i nie widać połowy mieszkania. Kupujemy to, co internet i sklepy nam podpowiadają, bo nie mamy przecież pojęcia, co będzie nam potrzebne. Nieznane i budzące lęk oswajamy przez kupowanie. Chusta, kosz Mojżesza, wózek, krzesełko, przewijak, termometr do ciała i do wody, opakowania na mokre i suche chusteczki, butelki i smoczki, podgrzewacz, czajnik, w którym można regulować temperaturę, worek na niemowlęce pranie, proszki do prania i spreje do czyszczenia dziecięcych sprzętów, składana wanienka, fotelik samochodowy z bazą. Później płynnie przechodzimy w pchacze, rowerek, hulajnogę, basen dmuchany i piaskownicę, baldachim i poduszki wałki.

Wrzuceni na głęboką wodę rynku, bodźcowani reklamami wzmacniającymi nasze poczucie zagubienia i lęk, próbujemy sobie jakoś poradzić. Nagle całe nasze życie, które miało się zaraz kręcić wokół nowej osoby, kręci się wokół przedmiotów. Obrastamy nimi. Zamiast rozmawiać o podziale obowiązków po porodzie – rozmawiamy o łóżeczku, zamiast o oczekiwaniu – przerzucamy się informacjami o wózkach. Nie rozmawiamy o nadziei, tylko o fotelikach i butelkach, nie wypowiadamy głośno napięcia – zagłuszamy je wyliczaniem listy proszków do prania. Tylko nocą, kiedy kładziemy się spać, oboje owijamy się wokół brzucha, a M. głaszcze go powoli, czekając na jakiś odzew ze środka, na znak, że cały świat nie sprowadza się do kupowania, że uda nam się ocalić jakiś sens z tego zalewu linków.

Marzę o tym, żeby przestać kupować, żeby wreszcie opracować plan, wprowadzić porządek, znaleźć ten ostatni przedmiot, zamknąć listę, zacząć się wreszcie cieszyć rodzicielstwem. A ten moment, jak można się domyślić, w porządku drapieżnego kapitalizmu nie nastąpi nigdy. Zawsze będzie jeszcze jedna drewniana tęcza, jeszcze jedna równoważnia, jeszcze jeden kurs językowy/mindfulness/jeździectwa, który stanowi przeszkodę na drodze do spokoju, wygody i ogólnej domowej satysfakcji.

Rynek nas pożera, rynek się nami karmi. Jesteśmy mięsem, drgającym z niepokoju ciałem, któremu trzeba wmówić, że niczym się nie zaopiekuje porządnie, jeśli nie kupi przedmiotu, nie pójdzie na kurs, nie zapisze się na webinar.

Ta spirala z czasem tylko przyspiesza, bo im starsze dzieci, tym ręka rynku staje się bardziej opresywna i sprytna, tym stawka, konkretna kwota, o którą toczy się gra, wyższa. Bo trzeba przecież zaplanować rozwój dzieci, zapisać je do odpowiednich wielojęzycznych przedszkoli i na odpowiednio rozwijające zajęcia dodatkowe, później wysłać do odpowiedniej szkoły. Nie mogą zaś do żadnej z tych placówek chodzić w nieodpowiednim, źle wyprofilowanym obuwiu, w nieprzewiewnych poliestrowych ubraniach i przemakających kurtkach. Rynek robi zaś wszystko, by dać wybór, ale nie podsunąć odpowiedzi, byśmy pozostali w labiryncie zakupów, nawet jeśli to zakupy odzieży używanej. Spędzam sporo czasu, balansując między tym, co się powinno, na co mnie stać, a co jest dzieciom koniecznie potrzebne. Jestem królową Vinted, ulubioną klientką małych księgarń, targetem sklepów z klockami, twardą operatorką Allegro Smart.


[1] Arlie R. Hochschild, Zarządzanie emocjami. Komercjalizacja ludzkich uczuć, przeł. Jacek Konieczny, PWN, Warszawa 2009, s. 173.

Polecane

pixel