Zapomniane - fragment
11.
Groby poetów: Raszida Husajna, Mahmuda Darwisza, Kamala Boullaty
Im bardziej się starzejemy – a oboje jesteśmy już po siedemdziesiątce – i częściej doświadczamy odchodzenia naszych rówieśników oraz przyjaciół, tym dotkliwiej odczuwamy własną śmiertelność.
Było to w lutym, kiedy wybraliśmy się odwiedzić grób Raszida Husajna na wzgórzu w galilejskiej wsi Musmus w Dystrykcie Hajfy. Musmus jest podzielone przez czteropasmową autostradę i głowiliśmy się, jaki wybrać kierunek, aż w końcu wybór padł na Musmus Zachód. Rozglądając się po wąskich, nitkowatych zaułkach tej wsi i jej stłoczonych domach, zapytaliśmy mężczyznę naprawiającego furgonetkę, a on odpowiedział:
– Idźcie pod górę i szukajcie największego grobu. To będzie ten.
Poeta Raszid Husajn uśmiechnąłby się, a może i wzruszył ramionami na to wywyższenie jego mogiły w rodzinnej wsi. Poezja i proza tego twórcy były zawsze, w całym jego krótkim życiu (1936–1977), przeciwieństwem patosu. W jednym z wierszy tak się zwraca do swojej niepiśmiennej matki:
Nikt nie nauczył cię czytać, matko!
Wszyscy tylko uczyli cię nie czytać.
Dlatego
Zawsze staram się
Ubierać swoje wiersze
W proste słowa.
Grób Raszida wyrastał nieco ponad inne na tym spokojnym cmentarzu z widokiem na Wadi Ara. Stał przy mniejszym nagrobku jego ojca. Obydwa były zadbane. Na cmentarzu i dookoła niego już kwitły uwielbiane przez poetę migdałowce. Żadne z nas nie przepada za odwiedzaniem grobów, nawet osób, z którymi byliśmy blisko związani, i nie mamy w zwyczaju modlić się za zmarłych. Lecz życie i twórczość Raszida wyjątkowo na nas oddziaływały. Przekonaliśmy się, że Musmus trudno przypisać cechy dobrze prosperującej wsi – większość pól uprawnych została zagarnięta przez Izrael w 1948 roku. Raszid dorastał tam pod okupacją wojskową do 1966 roku, a współcześnie, tak jak wiele miejscowości w naszej części Zachodniego Brzegu, wioska pełni głównie funkcję sypialni dla robotników pracujących poza nią.
Minęło ponad czterdzieści lat, od kiedy Raja po raz pierwszy zetknął się z twórczością Raszida Husajna. W 1979 roku gościł u swojego przyjaciela Kamala Boullaty w Stanach Zjednoczonych, akurat gdy ten promował zbiór esejów poświęconych pamięci tego poety The World of Rashid Hussein [Świat Raszida Husajna], który zredagował wspólnie z Mirene Ghossein.
Premiera książki stała się dla Rajy okazją do wejścia w świat współdziałania izraelsko-palestyńskiego, które Raszid Husajn zdawał się wspierać również po swojej śmierci. W młodości spędzanej na Zachodnim Brzegu Raja nie znał jego poezji, ani nawet o nim nie słyszał. Tamto wydarzenie otworzyło mu drzwi do bogatego i zróżnicowanego świata poety.
Na spotkaniu wypowiadali się Izraelczycy, Palestyńczycy i amerykańscy Żydzi. Z niektórymi, zarówno palestyńskimi Arabami, jak i izraelskimi Żydami, Raszid pracował, zanim opuścił Musmus w 1966 roku, aby zamieszkać w Stanach ze swoją świeżo poślubioną żydowską żoną; inni zostali jego dobrymi przyjaciółmi już w amerykańskim otoczeniu. Gdy kolejno zabierali głos, Raja uświadomił sobie, jak ważną rolę poeta odegrał w życiu tych wszystkich bliskich mu ludzi, z których wielu wzbogaciło publikację wzruszającymi esejami.
Edward Said, który dedykował Raszidowi swoją książkę The Question of Palestine [Kwestia Palestyny], pisał: „[Od niego] dowiedziałem się wszystkiego, co wiem o życiu w palestyńskich wsiach po 1948 roku; życiu, które z jedyną w swoim rodzaju mocą przenika kwestia Palestyny. Jego wielkoduszność, otwartość i polityczna uczciwość były darem dla każdego, z kim miał do czynienia […]. Raszid Husajn naświetlił mi sprawę palestyńską, której […] poświęcił życie”.
Podobne odczucia mieli nie tylko palestyńscy znajomi poety. Izraelski dziennikarz i aktywista Uri Awneri scharakteryzował go słowami: „pierwszy arabski poeta w państwie Izrael, łagodna istota, której obca była nienawiść”. Amerykański dziennikarz I.F. Stone, ideowiec, napisał zaś w swoim eseju:
Wygląda na to, że są w Izraelu siły, które obawiają się arabskiego przyjaciela bardziej niż arabskiego terrorysty. One złamały mu serce. Tłamsiły jego ducha. Oderwały go od korzeni, które odżywiały jego Muzę. Zabiły jego i zabiją szanse na pokój, jeśli im na to pozwolimy, jeśli zapomnimy Raszida, który pokazał nam, że mamy wśród naszych arabskich braci pokrewne dusze; że wspólne życie jest możliwe.
Z czasem oboje poznaliśmy głębię poezji Raszida i trudy jego życia w Nowym Jorku po bolesnym rozstaniu z żoną. Poeta niechętnie zaofiarował swoje usługi Lidze Państw Arabskich w ONZ (jak również Organizacji Wyzwolenia Palestyny, która nie miała wtedy oficjalnej reprezentacji), ale napisał też „Myślenie zabronione” na mapie świata arabskiego w swoim mieszkaniu. Zmarł w poalkoholowym śnie, kiedy łóżko zajęło się ogniem od jego nieodłącznego tlącego się papierosa. Poeta, którego ciało strawiły płomienie, pisał przedtem:
Piec pochłonął wszystko
Co moje na tej ziemi
Nic nie zostało z mego kraju
Prócz mnie samego.
Raja wrócił z Ameryki podniesiony na duchu napomknieniami o możliwym nowym otwarciu w relacjach Palestyńczyków z ich wrogami. Ta nieśmiała nadzieja przetrwała wiele wzlotów i upadków do 1993 roku, gdy zgasiło ją podpisanie porozumień z Oslo. Porozumienia zapoczątkowały okres układania na nowo stosunków między Izraelem a Palestyną – odtąd opierały się one na murach, separacji, kontroli, a także całkowitej dominacji oraz konfiskacie większości palestyńskiej ziemi. W tych warunkach niemal całkowicie zapomniano o Raszidzie i wszystkim tym, czego był wyrazicielem.
Po jego przedwczesnej, tragicznej śmierci w 1977 roku ciało Raszida zostało przetransportowane do Musmus, by mógł spocząć tam, gdzie się urodził. W pogrzebie uczestniczyły tysiące osób, w tym burmistrzowie miast na okupowanym Zachodnim Brzegu i przedstawiciele Dżaninu oraz innych obozów uchodźców, jak również Palestyńczycy i Izraelczycy z całej Galilei. Na tablicy postawionej przed cmentarzem napisano: „Raszid Husajn wita”.
Wizyta w Musmus i możliwość ujrzenia na własne oczy, co się stało z tą palestyńską wsią w Izraelu, nasunęły nam trzeźwiącą myśl, że podobny los może czekać palestyńskie wioski na Zachodnim Brzegu. Pola uprawne w Musmus, a także w wielu wsiach na okupowanym terytorium zostały skonfiskowane, mieszkańcy tych miejscowości byli więc zmuszeni zatrudnić się jako robotnicy w Izraelu albo przy budowie izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu. Taki obrót spraw wydaje się nieuchronny i nie do powstrzymania. Rozwiały się nadzieje na wspólną przyszłość dla Palestyńczyków i Izraelczyków, za którą orędował Raszid, a wzajemna nienawiść z biegiem czasu chyba tylko wzrosła. Dziś z czułością pielęgnujemy stare przyjaźnie z izraelskimi przyjaciółmi (wszyscy w coraz bardziej podeszłym wieku i z doświadczeniami aktywizmu na rzecz pokoju oraz obrony praw człowieka) i komunikujemy się ponad dzielącymi nas barierami. Nasze, coraz rzadsze zresztą, spotkania są lekko zabarwione zwątpieniem. John Berger w swoich rozmowach z Palestyńczykami podczas wizyty na Zachodnim Brzegu w 2005 roku scharakteryzował naszą postawę jako „niezwyciężoną rozpacz”. Staramy się nie tracić tej „niezwyciężoności”.
Pięć lat po Raszidzie Husajnie w wiosce Al-Birwa niedaleko Musmus na świat przyszedł inny wielki palestyński poeta, Mahmud Darwisz. Biografie tych dwóch twórców wykazują co najmniej kilka podobieństw. Obydwaj mieli dość życia w Izraelu i wyjechali, by przystać do Organizacji Wyzwolenia Palestyny za granicą. Obydwaj odznaczali się przywiązaniem do swojej ziemi i przeżywali ból wygnania. Wreszcie obydwaj zmarli w Stanach Zjednoczonych, Mahmud w 2008 roku w Houston po operacji serca. Jednak w odróżnieniu od Raszida, którego szczątki sprowadzono do jego rodzinnej wsi, by tam je pochować, Mahmud spoczął w Ramallah, dokąd izraelskie władze pozwoliły mu wrócić po podpisaniu porozumień z Oslo w 1993 roku. Nie otrzymał jednak zgody na ponowne osiedlenie się w rodzinnej Galilei. Często spotykaliśmy go na zdrowotnych spacerach, które zalecił mu lekarz. Nie byliśmy jednak świadomi powagi jego problemów z sercem.
W 2002 roku, kiedy Ramallah było oblężone przez izraelskie wojsko podczas drugiej intifady, Mahmud zawitał do nas z wizytą. Mieszkał w pobliżu, a my często przechodziliśmy obok jego bloku, ciesząc się, że wysokie pinie i ptaki, które tam się zlatują, przetrwały nieokiełznany rozrost Ramallah. Tamtego dnia w 2002 roku, w trakcie powtórnej inwazji izraelskiej na Ramallah, Mahmud nie czuł się pewnie z dala od domu, na ulicach bywało niebezpiecznie, a samotny spacerowicz mógł zastać na swojej drodze izraelski czołg.
Mimo wszystko w naszej rozmowie poruszyliśmy wiele aspektów jego życia i twórczości. Raja zapytał Mahmuda, gdzie czuł się najbardziej jak u siebie w domu: w Ramallah czy w Galilei? Jego odpowiedź nie była dla nas zaskoczeniem.
– Galilea to mój dom – odparł. – Tam kształtowała się moja osobowość. Tam jest mój lud. Darzę uczuciem to miejsce, góry, skały, rośliny, zachody słońca. – Po czym dodał: – Jednak o powrocie do Galilei nie ma mowy i pogodziłem się z myślą, że już nigdy z powrotem się tam nie zadomowię.
Ciekawiło nas, dlaczego nie opuszczał Ramallah, które było mu obce pod wieloma względami.
– Nieraz sam się nad tym zastanawiam – odparł. – Mój pierwszy powód jest natury etycznej. Ciągle dają mi się we znaki wątpliwości związane z moim pierwszym wyjazdem z Palestyny, kiedy opuściłem swoją wieś w Galilei. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy postąpiłem dobrze. Nie mogę sobie pozwolić na powtórzenie tego błędu. Uważam, że nie powinienem zmarnować tej okazji, nawet jeśli nie jestem przekonany o sensowności całego procesu, który mnie tu ściągnął z powrotem. Ośmielam się wątpić, czy to, co się dzieje, doprowadzi do pełnej niepodległości. – Zakończył słowami: – Uwolnię się od Palestyny dopiero wtedy, gdy ona stanie się wolna. Wtedy, żeby pisać, nie będę już musiał tutaj fizycznie przebywać.
Raja powiedział Mahmudowi, że w pełni podziela jego odczucia. Zapytaliśmy, jak w takim razie powrót wpłynął na jego poezję.
Jego odpowiedź była niesztampowa. W Ramallah stworzył najpierw zbiór poezji miłosnej, jak sam to ujął:
– Żeby wyzwolić się od tego, czego się ode mnie oczekuje: że jestem palestyńskim poetą, który musi pisać o swoim powrocie do Palestyny. Dlatego o tym nie napisałem. Napisałem o miłości.
W ciągu tych pięciu lat w Ramallah Mahmud napisał także poemat Dżidarijja [Mural], dialog ze śmiercią, który – jak powiedział przyciszonym głosem – „zrodził się z osobistego doznania bliskości śmierci”, jego zawału w 1997 roku, gdy otarł się o śmierć.
Wtedy, w 2008 roku, byliśmy w Szkocji na Międzynarodowym Festiwalu Książki w Edynburgu. W tym spokojnym otoczeniu w pewnym momencie podbiegł do nas arabski dziennikarz i literat Abd al-Bari Atwan.
– Mahmud nie żyje – szepnął, ocierając łzę. – Straciliśmy Mahmuda.
Ta wiadomość nas zaskoczyła, choć wiedzieliśmy, że Mahmud poleciał do Houston w Teksasie na operację serca. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak poważne było jego schorzenie.
Tydzień później usiedliśmy na widowni Lyceum Theatre w Edynburgu, żeby obejrzeć spektakl, na który bardzo czekaliśmy, ale o którym myśleliśmy teraz z ciężkim sercem: Palestyński Teatr Narodowy wystawiał sztukę Mural opartą na poemacie Mahmuda, z jednym z czołowych palestyńskich aktorów Makramem Churim w roli na wpół przytomnego poety na wąskim łóżku, nawiedzanego wspomnieniami i żalem, w dialogu ze śmiercią. W poemacie Mahmud zwraca się do śmierci błagalnie tymi słowami:
Śmierci, poczekaj na mnie, Śmierci,
aż oczyszczę umysł wiosną
i odzyskam zdrowie;
bądź szlachetnym myśliwym, co nie zabija gazeli przy wodopoju.
Nie było mu to jednak dane. Śmierć nie poczekała. Szczątki Darwisza spoczywają teraz nie w jego wiosce Al-Birwa w Galilei, lecz w Ramallah, na szczycie wzgórza, skąd widać miasto. Podczas niedawnych odwiedzin jego grobu staliśmy przed imponującym gmachem mauzoleum poety z umieszczonym na kamiennym murze napisem po angielsku: „Mahmudowi Darwiszowi – Palestyna”, oraz po arabsku: „Mahmudowi Darwiszowi – Naród”. Na murze mauzoleum widnieje też: „Mahmudowi Darwiszowi – Ramallah”. Miasto uznało go za swojego syna. Aby zbudować symboliczny pomost między jego wsią a Ramallah, ogród i teatr na wolnym powietrzu, które sąsiadują z grobem, nazwano Al-Birwa. Dookoła powiewają palestyńskie flagi.
Zastanawialiśmy się, co Mahmud myślałby o swoim monumencie. W poemacie Mural pisał: „Żadnego życia nie starczy, by mój koniec złączył się z początkiem”. Prawdopodobnie doceniłby mniejszy, dyskretniejszy pamiątkowy kamień pomalowany przez szkockiego artystę Petera White’a i ustawiony na kamiennym tarasie nad uedem, z czerwonym kwiatem hibiskusa, który z czasem wypłowieje. W końcu powiedział nam:
Palestyna to ojczyzna zbiorowa, ale moja osobista ojczyzna jest tam, gdzie potrafię rozpoznać i zrozumieć każdy kwiat; to miejsce, w którym dorastałem.
Artysta i historyk sztuki Kamal Boullata, który tak pięknie upamiętnił Raszida i przyjaźnił się z Mahmudem, w lecie 2019 roku miał własne smutne upamiętnienie. Gdy odwiedziliśmy go u schyłku życia w jego berlińskim domu, nie mogliśmy nie zauważyć, z jaką skrupulatnością oddawał się przedsięwzięciom malarskim i pisarskim, jakby ścigał się z czasem. W swojej sztuce – abstrakcyjnej, często kaligraficznej, pełnej światła – był wszechstronny, ale często powracał do miejsca urodzenia, gdzie mieszkał do połowy trzeciej dekady życia: Jerozolimy. Jak wielu Palestyńczyków Kamal w czasie wojny 1967 roku znalazł się w potrzasku poza Jerozolimą, a później Izrael odmówił mu prawa do powrotu na stałe do miasta, które sobie ukochał.
Kamal wyjechał najpierw do Stanów Zjednoczonych i wpadał do Jerozolimy tylko od czasu do czasu. Także tym razem byliśmy w Edynburgu, gdy dotarła do nas wieść o jego przedwczesnej śmierci na wygnaniu w Berlinie. Jego odejście spadło na nas jak grom z jasnego nieba. Było nam szczególnie przykro, że nie mogliśmy być na jego pogrzebie w Jerozolimie. Dzięki wysiłkom naszego wspólnego przyjaciela Jonathana Kuttaba oraz kilkorga krewnych Kamala, aktywistów, izraelskie władze wydały nadzwyczajną zgodę na przewiezienie jego ciała z Berlina do Jerozolimy, by tam złożono je do grobu.
Jerozolima była jego miastem. Kamal nigdy nie wyzbył się swojego jerozolimskiego akcentu, a miasto nieprzerwanie dostarczało mu pożywki dla jego sztuki. Jednak z trudem rozpoznałby Jerozolimę, którą przemierzaliśmy pieszo w czerwcu 2022 roku w drodze na jego grób. Weszliśmy przez Bramę Jafy i naszym oczom natychmiast ukazały się przysłonięte żaluzjami okna Hotelu Imperial, niedawno przejętego, wbrew woli palestyńskiego operatora hotelowego, przez żydowską grupę Ateret Cohanim, która osiedla Żydów na Starym Mieście i w innych częściach wschodniej Jerozolimy. Wiele sklepów w pobliżu Bramy Jafy, niegdyś należących do Arabów, znajdowało się teraz w rękach Izraelczyków. Próżno było szukać tam tej jowialnej atmosfery jak za dawnych lat, kiedy młodzi mężczyźni przesiadywali w kafejkach, grali w tryktraka, sączyli kawę po turecku, rozmawiali głośno i wybuchali śmiechem. Nie brakowało za to grup turystów z izraelskimi przewodnikami, którzy zwracali swoim podopiecznym uwagę na żydowskie wątki w mieście i przeganiali ich do kolejnych atrakcji, aby zrobić miejsce dla następnych grup, a wszystko odbywało się pod czujnym okiem izraelskiej policji.
Przedarliśmy się przez tłumy do dzielnicy ormiańskiej, gdzie byliśmy umówieni ze znajomym historykiem, który pracował w Ormiańskim Patriarchacie Jerozolimy. Nasz znajomy także wszędzie dopatrywał się spisków. Zaprowadził nas w zacienione miejsce, aby poinformować szeptem o najnowszych próbach przejęcia przez jerozolimski magistrat kolejnych gruntów należących do patriarchatu. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że Palestyńczykom i ich miejscom na jerozolimskim Starym Mieście nieustannie grozi jakieś niebezpieczeństwo.
Kiedy weszliśmy na Syjon i stanęliśmy przed bramą prawosławnego cmentarza tradycji greckiej, okazało się, że jest ona zamknięta. Musieliśmy zapukać do kilku innych żelaznych bram, aż w końcu zgarbiony stary dozorca wpuścił nas do środka, nie szczędząc nam utyskiwań, że przyszliśmy po jedenastej, kiedy cmentarz zamyka się dla odwiedzających. Poinstruował nas, jak dojść do grobu Kamala, po czym opadł z powrotem na plastikowe krzesło.
Pozbawiony ornamentów nagrobek Kamala stoi w cieniu wielkiej pinii, otoczony grobami najbliższych krewnych, nieopodal miejsca spoczynku George’a Antoniusa, sławnego palestyńskiego naukowca i autora klasycznego dzieła The Arab Awakening [Arabskie przebudzenie]. Gdy staliśmy przed grobem, myśląc o Kamalu z jego dołeczkami w policzkach i umiłowaniem życia, rozdzwoniły się dzwony Bazyliki Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Nadal słyszeliśmy głos Kamala i jego gardłowy śmiech. Gdyby umarli mogli mówić, Kamal, któremu Izrael zabronił osiedlenia się tutaj, powiedziałby: „Jestem tutaj, znów w domu”.



