Z książkami Olgi to jest tak, że się czeka, i czeka, i czeka, robi się okładkę, potem mijają jeszcze trzy lata, i nie jestem wredny, bo w końcu otrzymujesz destylat: wspaniały, fascynujący tekst, w który wpadasz, i który w tobie zapada, i prowokuje do rozmaitych wędrówek w głowie i poza.
Każda książka Olga Drenda / Duchologia w Karakterze fascynuje mnie między innymi tym, jak pozornie bez wysiłku autorka unika utartych szlaków czy łatwych rozwiązań. “Duchologia” – jak łatwo byłoby wpaść w sentymentalną podróż down memory lane, skupić się na trzepakach, słońcu na ulicy i tak dalej. Ale nie, takie rzeczy w ogóle Drendy nie interesują, i dzięki temu możemy przeczytać o rzeczach sto razy ciekawskich, o wszechobecnym popeerelowskim okultyzmie, okładkach książek fantasy czy o tym, jak robiło się reklamy w kraju, w którym wcześniej reklam było jak na lekarstwo. “Wyroby” podobnie: o jakie śmieszne łabędzie z opon, pochylmy się nad prostym człowiekiem, gdzie tam, Olga Drenda nie szuka prostych uciech, tylko odkrywa geniusz furtek ogródków działkowych i tropi producentów plastikowych zabawek, i idzie potem człowiek ulicą, i zastanawia się, skąd tu naraz tyle interesujących rzeczy dostrzega. A dostrzega, bo mu Olga Drenda otworzyła oczy.